Łyk egzotyki – odcinek 16

Po dwóch tygodniach przygo­towań z zaśnieżonych Be­skidów przenieśliśmy się na Czarny Ląd. Przez Warszawę od­lecieliśmy do odległej Ugandy. Na pierwszy w historii naszego boksu międzypaństwowy z mecz z repre­zentacją tego egzotycznego kraju.

Mieczysław Massier w towarzystwie uczniów ugandyjskiej szkoły powszechnej (Fot. Archiwum Mieczysława Massiera)

Fascynujący lot

Była to bardzo egzotyczna eska­pada. Już sam lot – z lądowaniem w Tangerze i kenijskiej Nairobi – był fascynujący. Kiedy obudziłem się nad ranem w zaciemnionym samolocie i uchyliłem zasłony, w dole zobaczyłem bezkresną ruda­wo – czerwoną pustynię, po któ­rej płyną! jaskrawo – zielony Nil. Potem prerie Kenii. I wreszcie błę­kitne wody jeziora Victoria. Może trudno w to uwierzyć, ale gdy nasz olbrzymi Boeing zbliżał się do lą­dowania w Nairobi widzieliśmy uciekające stado dzikich bawołów. Po wylądowaniu zamieszkaliśmy w pięknym, położonym w parku ho­telu. Z jego balkonu rozciąga! się piękny widok na miasto i okalają­cą je dżunglę. Po odpoczynku zo­stał tylko przelot do stolicy Ugan­dy – Kampali.

Królewska gościna

Na miejscu okazało się. że jeste­śmy traktowani dosłownie po kró­lewsku. Byliśmy wszak gośćmi krwawego prezydenta Idi Amina. O nim wiedzieliśmy tylko, że kie­dyś by mistrzem Imperium Bry­tyjskiego w boksie. Swych mini­strów, którzy nie byli dość posłusz­ni, kazał wrzucać do basenów z… aligatorami.

Naszemu spotkaniu z Ugandą nadano wielką rangę. Oprócz pre­zydenta witała nas w ringu mini­ster kultury. Była to bodaj naj­brzydsza kobieta, jaką widziałem w życiu. Dama ta, o wadze perszerona, próbowała się wcisnąć na ring. Patrząc, jak żołnierze gwar­dii (w czerwonych mundurach) wciskali opasłą Murzynkę między liny ringu nie mogliśmy się po­wstrzymać od śmiechu.

Kapitalna historia…

wydarzyła się przed meczem, który rozgrywany był na płycie pił­karskiej. Na murawę wkroczyła orkiestra w mundurach angielskiej gwardii. Jej szef zameldował się u kierownictwa naszej ekipy, pro­sząc o nuty polskiego hymnu na­rodowego. Takowych nie posiada­liśmy. Poprosił więc byśmy zagwiz­dali lub zanucili jego melodię. Zaczęliśmy gwizdać i nucić. Mu­zycy uważnie słuchali i wtórowali na swych instrumentach. Gdy przyszła stosowna chwila zagrali Mazurka Dąbrowskiego zdumie­wająco dobrze, tyle że w tempie fokstrota.

Imprezy towarzyszące

Takich wydarzeń mieliśmy całą masę. Dodam tylko, że odwiedzi­liśmy szpital dla trędowatych w dżungli, prowadzony przez polską lekarkę i nasze zakonnice. Byliśmy na równiku, a także w miasteczku Dżudża, gdzie bierze swój począ­tek Nil. Sławne sformułowanie „u źródeł Nilu” jest nietrafne. W rze­czywistości bowiem Nil nie ma żadnych źródeł. Po prostu – pięk­nym wodospadem wydobywa się z jeziora Victoria. Widzieliśmy też ludzi pracujących zupełnie nago i nie mających poczucia żadnego wstydu. Oglądaliśmy stawy pełne aligatorów, zachwycaliśmy się gazelami i żyrafami.

Mój pierwszy łuk

Wróćmy jednak do boksu. Ro­zegraliśmy dwa mecze, a w pierw­szym oficjalnym (w obecności kilkunastu tysięcy widzów) rozegra­nym w nocy na piłkarskim stadio­nie pokonaliśmy gospodarzy 14:6.

Przed meczem jeszcze w hotelu zwracaliśmy uwagę na niebez­pieczny styl walki afrykańskich zawodników – mogący powodo­wać kontuzje luków brwiowych. Śmiałem się z tego, gdyż toczyłem już dwusetną walkę i nigdy nie miałem kontuzji łuki brwiowego, mimo że wówczas walczyło się bez kasków.

A jednak nigdy nie należy mó­wić nigdy. Właśnie w tej walce doznałem rozcięcia luku i po raz pierwszy w życiu przegrałem na skutek kontuzji.

Po Kampali Helsinki

Po blisko dwutygodniowym po­bycie powrót do kraju, a potem wyjazd na kilka dni do bardzo zim­nej o tej porze roku Finlandii. W lutego 1978 r. w Helsinkach stoczy­liśmy międzypaństwowy mecz z gospodarzami, wygrywając 12:10. W meczu tym pokonałem medali­stę mistrzostw Europy Wiika.

Początek roku to też okazja do podsumowań. W klasyfikacji za rok 1977 zostałem umieszczony na pierwszym miejscu w kraju w swej kategorii, zaś w Europie by­łem piąty.

W tym samym czasie w Miedzi nastąpiły zmiany, o których szerzej następnym razem. Najważniejszą była zmiana szkoleniowca. Od­szedł Janusz Sztupecki, a przybyli Ryszard Furdyna (obecny trener Gwardii Wrocław) i nie żyjący już Andrzej Wojciechowski. Walki o wejście do II ligi miały nastąpić dopiero w drugiej połowie roku.

(cdn)

16 odcinek wspomnień Mieczysława Massiera zanotował Zygmunt Łuszcz

Dodaj komentarz