Ech, ta Jugosławia… – odcinek 14

Po nieudanej próbie wejścia do I ligi, kłopoty nas nie opuszczały ani na krok.

Trener Czesław Ptak w towarzystwie Zdzisława Lipińskiego (w środku) i Mieczysława Massiera.

Do Warszawy odszedł Cze­sław Ptak, a na domiar złe­go musieliśmy się wynieść z sali przy Leńskiego, gdzie treno­waliśmy i rozgrywaliśmy mecze.

Zmiany w drużynie

Baza treningowa powstała w małej salce Politechniki Wrocław­skiej, przy ulicy Batorego, a mecze wróciły do sali kina Kolejarz przy Łąkowej. Jakby tego było za mało. Z drużyny odeszli dwaj czołowi pię­ściarze. Jej długoletni kapitan i pierwszy „zapiewajło” Henio Kunigiel, który zakończył uprawianie boksu. Odszedł też Bronek Suchec­ki, którego skaperowano do pierw­szoligowego Zagłębia Lubin. Były to duże straty naszego zespołu. Tre­nerem pierwszej drużyny został ponownie Janusz Sztupecki. Szko­leniem juniorów zajmował się Je­rzy Możdżan, a ja z Zenkiem Ka­czorem prowadziliśmy grupy mło­dych adeptów walki na pięści.

Nasi wychowankowie

Zenka i moje poczynania przy­niosły niezłe rezultaty. Ja miałem już powody do zadowolenia, bo po dwóch łatach pracy szkoleniowej miałem już wychowanków w kadrze pierwszego zespołu – Albina Su­kiennika, Ryszarda Koźlika i Jacka Kurpetę. A w niedługim czasie miał nastąpić istny wysyp talentów z gru­py Zenka Kaczora. Takich jak: Jan Nowak, Mariusz Nowak, Józef i Zbigniew Raś. Wiesław Pławszewski, Zbigniew Koprowski, Leszek Sliż, Jerzy Solnica, Franciszek Kula i Robert Nawrat. Ale to osobna li­sta i przykład jak można zmarno­wać duży potencjał i mnóstwo do­brej roboty. Ale to już późniejsza historia.

Dwie fazy

Rok 1977 podzielono na dwie fazy startowe. Była to kontynuacja ciągłych innowacji, które nie przy­nosiły wielu korzyści szkolenio­wych. W pierwszej fazie rozgrywa- no Puchar Polski, a Miedź znalazła się w grupie z Metalem Tarnów, Motorem Lublin i GKS Jastrzębie.

Laur Wrocławia

W końcu stycznia tradycyjny i coraz mocniejszy turniej o Laur Wrocławia. Po zwycięstwach nad Balghem z Węgier i Wawrzynia­kiem z Legii Warszawa zdobyłem pierwsze miejsce, a w międzycza­sie toczyły się zmagania w Pucha­rze Polski.

Jugosłowiański turniej

W połowie lutego turniej w Ju­gosławii – „Zwycięski Oscar”. Ta ciekawa impreza odbywała się w różnych miastach, a finał w Belgra­dzie. Jugosławia była wówczas zjed­noczona; niekwestionowanym jej liderem był Josif Bros Tito. W tym czasie mieliśmy dużo wyjazdów do tego kraju. Oprócz wyjazdów kadry, były też klubowe eskapady, zaś ich celem były: Svetozarevo, Mladenovac i Sarajew. Tam bywałem z Miedzią. W rewanżu Jugosłowianie gościli w Legnicy. Bardzo lubiłem tam jeździć. Po prostu byli tam faj­ni ludzie – bardzo bezpośredni i pogodni. W ich gronie czułem się bardzo dobrze i miałem tam wielu przyjaciół. Dlatego też ciężko mi zrozumieć to, co stało się w później­szych latach. Tito umiał scementować różne narody. Nie widać było obecnych podziałów etnicznych, a wszyscy naturalnie i autentycznie wyrażali się o swoim przywódcy.

A tak przy okazji. Wiele dziew­czyn z tamtych lat, gdy gościliśmy w Legnicy jugosłowiańskich pię­ściarzy zjawiało się na pojedynkach z nimi. Tylu kobiet ani wcześniej, ani później na widowni meczu bok­serskiego nie widziałem.

Drugie miejsce

Wróćmy jednak do sportu i wspo­mnianego turnieju. Eliminacje roz­począłem w Priśtinie (dziś Kosowo) i tylu kontrastów, które tam zoba­czyłem, to w porównaniu z innymi miastami zupełnie i inny kraj. Mnó­stwo muzułmanów. Kobiety kro­czące cichutko za mężczyznami. Na dancingach sami mężczyźni słucha­jący muzyki i popijający rakiję. W Priśtinie po kilku walkach zakwali­fikowałem się do belgradzkiego fi­nału. Zająłem w nim drugie miej­sce przegrywając z zawodnikiem gospodarzy Deolicem.

I znowu Borkowski

W marcu rozgrywaliśmy mistrzo­stwa Dolnego Śląska i Polski. Pierwsze odbyły się w Zgorzelcu. Po wygranych z Kaczmarczykiem (Vic- toria Wałbrzych) i Krawczykiem z Gwardii Wrocław, w finale poko­nałem Bendera z Turowa Zgorze­lec i po raz trzeci zdobyłem mistrzo­stwo okręgu.

Mistrzostwa Polski odbyły się w połowie marca w Sosnowcu. I znów finał z Borkowskim – po wygranych z Krupą z Piły, Ruthem z Konina i Wawrzyniakiem z warszawskiej Legii. Niestety, musiałem zadowo­lić się wicemistrzostwem kraju. Kwiecień prawie odpuściłem. Nie pojechałem na zgrupowanie kadry, gdyż na uczelni miałem sesję egza­minacyjną.

Zabawna historia

Miałem zaległy egzamin z filozo­fii – u płk. dr. Jerzego Hałaja, który w międzyczasie przeniósł się do Zegrza zostając komendantem jed­nostki i szkoły w tej podwarszaw­skiej miejscowości. Będąc w War­szawie wstąpiłem do Polskiego Związku Sportowego, gdzie spotka­łem jednego z trenerów kadry Cze­sława Ptaka, który zaproponował mi wyjazd na turniej do… Jugosła­wii – o Trofeum Zagrzebia. Zgodzi­łem się na to, choć do wyjazdu zo­stał tylko tydzień, a turniej nie był na pierwszym planie.

Znowu Jugosławia

Impreza miała bardzo mocną obsadę. Wystąpiła nawet silna eki­pa kubańska. W pierwszej walce przyszło mi zmierzyć się z reprezen­tantem Kuby Augustinem Santo­sem. Walka była dla mnie (choć wygrałem) tak wyczerpująca, że nie mogłem dojść do siebie i to przez długi czas.

Uratował mnie Wojdyga

Uratował mnie wielki znawca boksu, redaktor Jan Wojdyga z „Przeglądu Sportowego”, będący wówczas kierownikiem ekipy. Ze wspomnianego wysiłku miałem tor­sje, których nie mogłem powstrzy­mać. Pan Janek załatwił mnie ze swoimi jugosłowiańskimi przyja­ciółmi. Po prostu dano mi mocny trunek – jakaś specjalna ziołowa rakija. Po wypiciu szklanki wnętrz­ności wróciły do normy i w następ­ny dzień mogłem przystąpić do walki z Mohamedem Saudem z Li­bii. Po jej wygraniu, w finale czekał na mnie młodzieżowy mistrz Euro­py – bułgarski mańkut- Antonas Stefanov.

Bułgar Emil Zeczev, prezydent Europejskiej Federacji Boksu Amatorskiego poczynił zakład z redaktorem Wojdygą o wynik mo­jego pojedynku. Kwotę zakładu przemilczę, ale mogliśmy się póź­niej nieźle zabawić. Walkę wygra­łem i dodatkowo zostałem najlep­szym technikiem turnieju, otrzymu­jąc okazały puchar.

Tak więc połowę sezonu mo­głem uznać za udaną. Zarówno pod względem sportowym jak i towarzyskim.

(cdn) 14 odcinek wspomnień Mieczysława Massiera zanotował Zygmunt Łuszcz

Dodaj komentarz