Upragniony awans – odcinek 12

Rok 1975 zbliżał się do końca. Pamiętałem poprzedni sezon, jako okres niespełnionych nadziei.

Miedź rywalizowała wten­czas z GKS Świętochło­wice o pierwszeństwo w grupie i awans do II ligi. Podejście nie było udane. Dlatego też rok później wszystko podporząd­kowano awansowi bokserów do tej klasy rozgrywek.

Walka o wszystko

W praktyce sportu wyczynowe­go często bywa, że po najwięk­szym wysiłku przychodzi fala od­prężenia i spadku formy. Po wiel­kich nadziejach może nastąpić spadek psychiczny. Tak u zawod­ników, jak i u działaczy. W tym miejscu należą się słowa uznania dla naszych działaczy, którzy po­trafili stworzyć taką atmosferę, aby pięściarze i ich szkoleniow­cy nie odczuli goryczy porażki. Wprost przeciwnie. Aby ze zdwojonym dopingiem i więk­szym bagażem doświadczeń przystąpili do nowego pojedyn­ku, do walki o II ligę. I to już w następnym sezonie. W Miedzi panowała bardzo dobra atmos­fera, a toń jej nadawali prezes klubu Franciszek Kowalski, wi­ceprezes Ryszard Ponachajba, kierownik sekcji Zenon Hołów- ko, kierownik zespołu Marian Pańków oraz lekarze: Lubomir Hebdziński i Jarosław Czeszejko – Sochacki. Czyli wszyscy zgod­nie toczyliśmy boje o wszystko – czyli oczekiwany awans.

Bez kłopotów

W pierwszej rundzie walk o II ligę kroczyliśmy jak burza i wy­graliśmy wszystkie mecze. W drugiej, rewanżowej fazie roz­grywek straciliśmy tylko jeden punkt. Na wyjeździe zremisowa­liśmy 10:10 ze Starem w Stara­chowicach. W pozostałych me­czach padły rezultaty: GKS Ja­
worzno – Miedź 8:12, Miedź – Hetman Zamość 19:1, Start Częstochowa – Miedź 0:20 i Miedź – Odra Brzeg 18:2. W re­zultacie drużyna w zdecydowa­ny sposób znalazła się w bardzo silnych, drugoligowych szere­gach.

To nie dziś

Porównania z dniem dzisiej­szym wprost szokują. Obecnie jest tylko jedna liga składająca się z 10 drużyn. We wspomina­nych czasach były dwie grupy I ligi (po 8 zespołów), cztery gru­py (po 6 drużyn) II ligi i tyle samo grup w walkach o wejście do tej klasy rozgrywek. Do tego trzeba dodać, że w całym kraju były ligi okręgowe. Na każdym szczeblu rywalizacja była zacię­ta, a mecze stały na dobrym po­ziomie.

Zasłużony awans

Legniczanie szturmem poko­nali wszelkie bariery i w przeko­nujący sposób wywalczyli awans. Autorów tego sukcesy wymie­niam w podpisie pod zdjęciem. Trzeba stwierdzić, że stanowili­śmy autentyczny i zgrany kolek­tyw. Były w nim przyjaźnie i czę­sto spotykaliśmy się na wspól­nych imprezach. Po prostu: bar­dzo fajna grupa lubiących się i szanujących się ludzi. Dlatego też z wielką nostalgią wspomi­nam tamte, piękne dla legnickie­go boksu czasy.

Berliński turniej

Awans awansem, a dla mnie rok był obfity w liczne impre­zy. Od 1 do 7 październiku od­bywał się jeden z mocniejszych turniejów w Europie. Turniej TSC Berlin – organizowany z okazji święta narodowego, ja­
kim były kolejne rocznice Nie­mieckiej Republiki Demokra­tycznej. Poniekąd z obowiązku startowały silne ekipy krajów socjalistycznych: ZSRR, Pol­ska, Bułgaria, Rumunia, Cze­chosłowacja, Węgry itp. Były też atrakcyjne ekipy z innych kontynentów. Szczególnie z Afryki, z którymi NRD miała nie tylko sportowe powiązania.

Jako ciekawostkę podam, że trenerem Nigerii była wówczas legendarna postać boksu zawo­dowego w latach 50 i 60-tych, mistrz świata, Amerykanin Ar- chie Moore. W tym miejscu do­dam, że w owych czasach mistrz świata był jeden, bo była jedna międzynarodowa federacja za­wodowców. Skorzystałem z oka­zji i na bankiecie poznałem mi­strza i dostałem nawet propor­czyk z jego dedykacją.

Tylko dwie walki

W Berlinie stoczyłem dwie walki. W pierwszej wygrałem z mistrzem olimpijskim z Mona­chium 1972 roku, Bułgarem Konstantinowem. W półfinale uległem zawodnikowi gospoda­rzy Certenbauchowi, któremu zrewanżowałem się w później­szym meczu Polska – NRD, w Krakowie.

Rok 1975 miałem bardzo bo­gaty w starty. Przekroczyłem li­mit walk, który dopuszczał sto­czenie 20 pojedynków. Z mojej statystyki wynika, że stoczyłem ich aż 26 i zakończyłem je uda­nym turniejem barbórkowym, organizowanym przez legnicką Miedź.

(cdn)

12 odcinek wspomnień Mieczysława Massiera zanotował Zygmunt Łuszcz

Dodaj komentarz