Odcinek 3 – Wezwanie Papy Stamma

Nieoczekiwanie zostałem po­wołany na obóz kadry narodowej przygotowującej się do Igrzysk Olimpijskich w 1968 roku w Meksyku.

Mieczysław Massier (z prawej) w towarzystwie kolegi wojskowej niedoli Józefa Kuderskiego.

Mieczysław Massier (z prawej) w towarzystwie kolegi wojskowej niedoli Józefa Kuderskiego.

Fakt uczestniczenia w tak waż­nym zgrupowaniu był dla mnie wielkim zaskoczeniem. Myślałem, że było to po prostu powołanie na kredyt. Jak się później przekona­łem, było to posunięcie w stylu wielkiego trenera naszych bokse­rów Feliksa Stamma, który lubił do grona wielkich mistrzów dokooptowywać… żółtodziobów. Na obóz pojechałem z czystej cieka­wości. Chciałem osobiście poznać znanych tylko z nazwisk wielkich indywidualności. Marzyłem szcze­gólnie o Feliksie Stammie i takich mistrzach pięści, jak Artur Olech, Henryk Skrzypczak, Janusz Ga­łązka, Józef Grudzień, Jerzy Ku­lej, Marian Kasprzyk, Tadeusz Walasek, Zbigniew Pietrzykowski i Lucjan Trela.

Pomyślałem sobie: poznam lu­dzi, którzy byli moimi idolami i spokojnie wrócę do swoich co­dziennych zajęć i planów na przy­szłość, które bardzo mnie fascyno­wały. Stało się jednak inaczej. Może trochę, a może z pewnością wbrew mojej woli. Na wspomnia­nym obozie musiał mnie ktoś pil­nie obserwować i podejmować – za moimi plecami – wiążące decyzje. Nie zdawałem sobie wówczas sprawy, że WKS Legia Warszawa była w owych czasach nie tylko sportową potęgą w naszym kraju. Była to też potęga pod wieloma innymi względami, która decydo­wała o losie utalentowanych spor­towców różnych dyscyplin. Meto­da była jedna: do wojska brano kogo tylko chciano.

W sekcji bokserskiej warszawskiego klubu roiło się od doskonałych pięściarzy – reprezentantów Polski i medalistów różnych imprez. Byli to między innymi: Janusz Gałązka (późniejszy trener legnickiej Miedzi), Roman Czap­ko, Józef Grudzień, Jan Szczepań­ski, Sylwester Kaczyński, Wiesław Rudkowski, Janusz Gortat, Tade­usz Branicki. Trenerem zespołu byt słynny Stanisław Wasilewski a wspomagał go medalista olimpij­ski Henryk Niedźwiecki.

Ze ściągnięciem mnie do tzw. „wojska” niebyło problemów, gdyż było to ukartowane decyzją dzia­łaczy warszawskiego klubu. Będąc na wspomnianym zgrupowaniu w ośrodku olimpijskim na warszaw­skich Bielanach dostałem do ręki powołanie do odbycia zaszczytnego­ obowiązku, jaki stanowiła wów­czas zasadnicza służba wojskowa. Tak wyglądały sprawy oficjalne. A w rzeczywistości? Wszystko spro­wadziło się do zakwaterowania, mnie w wojskowym ośrodku sportowym przy Łazienkowskiej, w po­bliżu stadionu Legii. Nie byłem pierwszym i nie ostatnim, z którym tak postąpiono. Początkowo byłem rozżalony i myślałem, że cały świat się zawalił. Miałem przecież inne plany zawodowe i osobiste. Musia­łem się jednak pogodzić z zaistnia­łymi faktami. Tak więc z koniecz­ności stałem się jednym z zawod­ników bokserskiej sekcji warszaw­skiej Legii.

materiał pochodzi z Panoramy Legnickiej, wspomnienia notował Zygmunt Łuszcz

 

 

Dodaj komentarz